czwartek, 7 listopada 2013

Mingulaba, czyli witamy w Birmie

Jeszcze parę miesięcy temu nie wiedziałyśmy o Birmie praktycznie nic, poza tym, że leży gdzieś w odległej Azji. Dziś już wiemy trochę więcej. 

Birma i jej mieszkańcy jeszcze do niedawna byli ciężko doświadczani przez historię. Kraj ten rządzony przez wojskową juntę, która sprawowała władzę absolutną, był kompletnie odizolowany od reszty świata. Dopiero rok 2011 przyniósł wielkie zmiany: nowy cywilny rząd (teoretycznie, bo w praktyce w jego skład wchodzą członkowie junty w cywilu), uwolnienie więźniów politycznych, dopuszczenie do głosu głównej działaczki partii demokratycznej - Aung San Suu Kyi (laureatki Pokojowej Nagrody Nobla). Od tej pory zmieniła się też nazwa kraju i Birma oficjalnie została nazwana Myanmar, przy okazji nazwę zmieniło też kilka głównych miast. 

Wielkie zmiany są również widoczne w turystyce. Sukcesywnie otwierają się granice lądowe z innymi państwami, ale mimo to jedynie 20% terenu jest dostępne dla obcokrajowców - pozostała część jest albo całkowicie zamknięta, albo wymaga specjalnych pozwoleń. Nie zniechęca to jednak turystów, którzy coraz liczniej odwiedzają Birmę - przewiduje się, że wkrótce zyska ona tak na popularności jak sąsiednia Tajlandia. Boom turystyczny doprawadza do ekspresowego i bardzo odczuwalnego wzrostu cen - stawki wzrastają z sezonu na sezon i to nawet o 50%! Głównie dotyczy to cen noclegów, które są jak do tej pory najwyższymi, z jakimi przyszło nam się zmierzyć w Azji (niestety wysoka cena nie gwarantuje wysokiej jakości). 

W największych miastach Birmy widać jak wszystko szybko się zmienia - pojawiają się bankomaty (jeszcze 2 lata temu nikt o nich nie słyszał) i punkty wymiany walut, a cena za kartę SIM spadła z 1000$ do kilkunastu $ (niestety żaden zagraniczny roaming tutaj nie działa!). 

Pomimo tych wszystkich zmian i stopniowych wpływów ze strony innych państw, Birmańczycy w większości nie są nastawieni na "zdzieranie kasy z turystów" i z sercem na dłoni bezinteresownie oferują swoją pomoc. Nauczone doświadczeniem, niejednokrotnie łapiemy się na tym, że podejrzliwie traktujemy każdą próbę pomocy, bo ponoć w dzisiejszym świecie nie ma nic za darmo - a jednak! Birmańczycy są niezwykle otwarci i ciekawi innych kultur, a przy tym obdarzają najszczerszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek otrzymałyśmy. :) 

Pierwszym birmańskim miastem, do którego zawitałyśmy był Yangon (dawniej Rangoon). Na jego odkrycie miałyśmy zaledwie jeden dzień, więc żeby zobaczyć prawdziwe oblicze miasta zagubiłyśmy się w jego bardzo wąskich, ale tętniących życiem uliczkach, gdzie czas jakby się zatrzymał. 

handel kurczakami przy świecach

Będąc w Yangon nie sposób pominąć najświętszej i najokazalszej z pagód - Shwedagon Pagody. Jest to w zasadzie kompleks świątyń, w skład którego wchodzi jedna główna pagoda oraz 82 mniejsze. Po zapłaceniu 8$ za wstęp (cena na sezon 2013/2014), zakryciu kolan i zdjęciu butów, weszłyśmy na ogromny teren świątyń i już od pierwszych chwil oślepił nas blask wszechobecnego złota. Oprócz nas i garstki innych turystów było tam wielu wiernych z różnych części kraju, którzy w skupieniu oddawali cześć i pokłony Buddom, składali ofiary oraz odprawiali rytuały polewania posążków wodą (ilość wylanych kubków równa się ilości przeżytych lat + 1 na dobrą przyszłość). 

na bogato!





Po całonocnej podróży autobusem z Yangon, nie marnując czasu i pięknej pogody (nie opuszcza nas słońce i temp. 30st), bladym świtem wsiadłyśmy na rowery w Bagan. Bagan to antyczne miasto, którego głównym bogactwem jest ponad 4000 buddyjskich świątyń. Wiele z nich jest odrestaurowana i dostępna do zwiedzania, niestety część jest kompletnie zaniedbana i zapomniana. Jest też wiele zamkniętych świątyń niezaznaczonych na mapach, będących pod opieką lokalnych mieszkających w pobliżu, którzy chętnie otwierają je zbłąkanym odkrywcom. 







Skarby Bagan odkrywałyśmy przez dwa dni, od wschodu do zachodu słońca, przepedałowując długie kilometry. Przez większość czasu udało nam się całkowicie uniknąć turystów, dopiero przy zachodzie słońca na pagodach z najlepszym widokiem, można było sobie uświadomić jakie tłumy oblegają Bagan. Ogromna ilość stup i pagód sięgająca po horyzont tworzy niepowtarzalny krajobraz, nieogarnialny wzrokiem. Czegoś takiego jeszcze nie widziałyśmy!














Już po pierwszych dniach, Birma oczarowała nas swoim bogactwem kulturowym, ale przede wszystkim to ludzie sprawili, że tak dobrze się tu czujemy. 

Do napisania z Mandalay!
P&A

2 komentarze:

  1. niesamowite te 'świątyniowe lasy'! i handel przy świeczkach!!! i znowu jeździcie na rowerach :)) <3

    OdpowiedzUsuń