czwartek, 8 sierpnia 2013

Kangding - gdzie kończą się Chiny?


Po mrożącej krew w żyłach, pełnej zakrętów, przepaści i momentami grząskiej drodze dotarłyśmy do Kangding. Jest to tybetańskie miasteczko położone wśród gór, na niebagatelnej wysokości 2616 m.n.pm. Inny klimat dał się odczuć od razu - nie dość że powietrze dużo czystsze, to jeszcze temperatura dużo niższa. Tego nam było trzeba!

Kangding wita
Okazuje się, że zbliżając się w rejony tybetańskie wkraczamy w zupełnie inny świat. Teoretycznie wciąż jesteśmy w Chinach, ale praktycznie to już Tybet: lokalsi rozmawiają między sobą po tybetańsku, wszędzie znajdziemy zarówno chińską jak i tybetańską pisownię nazw, ludzi ubranych w tradycyjne stroje i usłyszymy tradycyjne folkowe brzmienia.

lokalna kobieta w jednym z charakterystycznych
nakryć głowy
złoto i turkus we włosach zawsze modne
rozśpiewany Tybetańczyk wprost z naszego hostelu

Spotykało nas wiele uprzejmości i życzliwości ze strony Chińczyków, ale Tybetańczycy swoją otwartością i gościnnością przebijają wszystkich. Mogłyśmy sie o tym przekonać już pierwszego dnia, kiedy po krótkiej wspinaczce dotarłyśmy do naszego hostelu. Zhilam Hostel już od pierwszych chwil daje się poznać jako miejsce pełne otwartych i przyjaznych ludzi, a całości dopełnia jego typowo tybetański wystrój. Kilka godzin po przyjeździe znałyśmy już większość towarzystwa, a to miedzy innymi za sprawą niesamowitego właściciela. Chris to pasjonat tutejszej kultury, który wraz z żoną przeniósł tu całe swoje życie z Ameryki. Początkowo planowałyśmy zostać w Kangding tylko 3 dni, ale klimat tego miejsca sprawił, że zostajemy 2 dni dłużej. 

wejście do Zhilam Hostelu
klimatyczne wnętrze


Pierwsze nasze kroki w Kangding skierowałyśmy w góry. Na początek wybrałyśmy górę znajdującą się tuż za naszym hostelem - Bai Tu Kan Shan. Błądzenie po pastwiskach, podziwianie tonących w chmurach szczytów, masę zieleni i całkiem ostre słońce wystarczyłyby w zupełności, żeby dzień uznać za udany. Ale dzięki naszemu nieodłącznemu szczęściu spotkałyśmy po drodze jeszcze kilku ciekawych ludzi. Najpierw Tajwankę Kim, z którą razem się powspinałyśmy, a potem 3 tutejszych pasterzy, którzy zaprosili nas na wspólny posiłek na trawie. Dzięki Kim, która zna chiński, mogłyśmy "porozmawiać" z nimi o ich życiu, pośmiać się i pośpiewać. Gospodarze uraczyli nas tradycyjnym tybetańskim chlebem, wędzonym mięsem, ostrym makaronem z warzywami, a wszystko popite świeżą herbatą (wersja z masłem z jaka dla odważnych) i 70% winem domowej roboty. To spotkanie sprawiło zarówno im jak i nam dużo radości. 

w drodze na szczyt

nieziemskie widoki
posiłek z lokalsami
jeden z gospodarzy
Każdego wieczora Kangding rozbrzmiewa lokalną muzyką. Ludzie gromadzą się na głównym placu miasta, żeby przez dobrą godzinę wspólnie tańczyć. Młodzi, starzy, piękni, brzydcy, ubrani na sportowo, elegancko i ludowo, wszyscy razem w jednym kółku. Nie mogło nas wśród nich zabraknąć! Załapać kroki nie było łatwo, ale nikt się tym specjalnie nie przejmował.




Z głową prawie w chmurach pozdrawiamy!
PAM

2 komentarze:

  1. wspaniale!!! ;] zazdroszczeeeeeeee! ehh, czekam na kolejne relacje!

    OdpowiedzUsuń
  2. no mega czad!! :) pogłębiam zazdrość o 600%!

    OdpowiedzUsuń