Po
mrożącej krew w żyłach, pełnej zakrętów, przepaści i momentami
grząskiej drodze dotarłyśmy do Kangding. Jest to tybetańskie
miasteczko położone wśród gór, na niebagatelnej wysokości 2616
m.n.pm. Inny klimat dał się odczuć
od razu - nie dość że powietrze dużo czystsze, to jeszcze
temperatura dużo niższa. Tego nam było trzeba!
 |
| Kangding wita |
Okazuje
się, że zbliżając się w rejony tybetańskie wkraczamy w zupełnie
inny świat. Teoretycznie wciąż jesteśmy w Chinach, ale
praktycznie to już Tybet: lokalsi rozmawiają między sobą po
tybetańsku, wszędzie znajdziemy zarówno chińską jak i tybetańską
pisownię nazw, ludzi ubranych w tradycyjne stroje i usłyszymy
tradycyjne folkowe brzmienia.
 |
lokalna kobieta w jednym z charakterystycznych
nakryć głowy |
 |
| złoto i turkus we włosach zawsze modne |
 |
| rozśpiewany Tybetańczyk wprost z naszego hostelu |
Spotykało
nas wiele uprzejmości i życzliwości ze strony Chińczyków, ale
Tybetańczycy swoją otwartością i gościnnością przebijają
wszystkich. Mogłyśmy sie o tym przekonać już pierwszego dnia,
kiedy po krótkiej wspinaczce dotarłyśmy do naszego hostelu. Zhilam
Hostel już od pierwszych chwil daje się poznać jako miejsce pełne
otwartych i przyjaznych ludzi, a całości dopełnia jego typowo
tybetański wystrój. Kilka godzin po przyjeździe znałyśmy już
większość towarzystwa, a to miedzy innymi za sprawą niesamowitego
właściciela. Chris to pasjonat tutejszej kultury, który wraz z
żoną przeniósł tu całe swoje życie z Ameryki. Początkowo
planowałyśmy zostać w Kangding tylko 3 dni, ale klimat tego miejsca
sprawił, że zostajemy 2 dni dłużej.
 |
| wejście do Zhilam Hostelu |
 |
| klimatyczne wnętrze |
Pierwsze
nasze kroki w Kangding skierowałyśmy w góry. Na początek
wybrałyśmy górę znajdującą się tuż za naszym hostelem - Bai Tu
Kan Shan. Błądzenie po pastwiskach, podziwianie tonących w
chmurach szczytów, masę zieleni i całkiem ostre słońce
wystarczyłyby w zupełności, żeby dzień uznać za udany. Ale
dzięki naszemu nieodłącznemu szczęściu spotkałyśmy po drodze
jeszcze kilku ciekawych ludzi. Najpierw Tajwankę Kim, z którą razem
się powspinałyśmy, a potem 3 tutejszych pasterzy, którzy zaprosili
nas na wspólny posiłek na trawie. Dzięki Kim, która zna chiński,
mogłyśmy "porozmawiać" z nimi o ich życiu, pośmiać się
i pośpiewać. Gospodarze uraczyli nas tradycyjnym tybetańskim
chlebem, wędzonym mięsem, ostrym makaronem z warzywami, a wszystko
popite świeżą herbatą (wersja z masłem z jaka dla odważnych) i
70% winem domowej roboty. To spotkanie sprawiło zarówno im jak i
nam dużo radości.
 |
| w drodze na szczyt |
 |
| nieziemskie widoki |
 |
| posiłek z lokalsami |
 |
| jeden z gospodarzy |
Każdego
wieczora Kangding rozbrzmiewa lokalną muzyką. Ludzie gromadzą się
na głównym placu miasta, żeby przez dobrą godzinę wspólnie
tańczyć. Młodzi, starzy, piękni, brzydcy, ubrani na sportowo,
elegancko i ludowo, wszyscy razem w jednym kółku. Nie mogło nas
wśród nich zabraknąć! Załapać kroki nie było łatwo, ale nikt
się tym specjalnie nie przejmował.
Z głową
prawie w chmurach pozdrawiamy!
PAM
wspaniale!!! ;] zazdroszczeeeeeeee! ehh, czekam na kolejne relacje!
OdpowiedzUsuńno mega czad!! :) pogłębiam zazdrość o 600%!
OdpowiedzUsuń