środa, 9 października 2013

Bo my lubimy wulkany!

Ostatnią indonezyjską wyspą, którą zaplanowałyśmy odwiedzić jest Jawa - pełna bardziej lub mniej aktywnych wulkanów. Z Ubung (Denpasar) na Bali pojechałyśmy bemo do Gilimanuk (bemo jest środkiem publicznego transportu, nie jeździ jednak według żadnego rozkładu, tylko rusza kiedy uzbiera się odpowiednia liczba pasażerów), skąd przeprawiłyśmy się promem za 7000 Rp do Banyuwangi we wschodniej części Jawy. Jest to miejscowość, z której łatwo dostać się w okolice wulkanu Kawah Ijen, naszego pierwszego celu na mapie Jawy.

czekając na odjazd w bemo

Wewnątrz Kawah Ijen znajduje się kopalnia siarki - miejsce pracy ok. 300 lokalnych mężczyzn, którzy codziennie w prymitywnych warunkach wydobywają siarkę. Robotnicy rozpoczynają swoją pracę już o 2-3 w nocy, zapełniają bambusowe kosze bryłami siarki, które następnie niosą na barkach do punktu ważenia oddalonego o kilka km. Każdy robotnik jednokrotnie jest w stanie unieść od 70 do nawet 110 kg siarki, a w ciągu dnia wykonuje 2-3 kursy z ciężkimi koszami. Nie jest to niestety zbyt dochodowa praca, gdyż za każdy kg siarki otrzymują jedynie 700 Rp, czyli ok.20 gr. Do tego dochodzą bardzo szkodliwe warunki pracy w oparach siarki.

1. wydobywanie
2. pakowanie
3. dźwiganie
4. ważenie

Jeżeli chce się spotkać lokalnych ludzi przy pracy, najlepiej wyruszyć samochodem z Banyuwangi o 4 rano, żeby po godzinie jazdy dotrzeć do podnóża wulkanu i stąd maszerować ok. godzinę do krateru. Następnie bardziej lub mniej legalnie można zejść w dół krateru, gdzie znajduje się kopalnia i piękne, ale kwaśne jezioro. Warto zabrać ze sobą maseczkę, ponieważ jak ogólnie wiadomo, zapach siarki nie należy do zbyt przyjemnych. ;) Krajobraz wulkanu Kawah Ijen, turkusowe jezioro w jego kraterze, żółte złoża siarki i srebrzyste skały tworzą wyjątkową kompozycję.

widok w dół krateru
zadymiona kopalnia
"o nie, nie wzięłyśmy maseczek!!!!!"
najgorsze 700 m podejścia




Z Kawah Ijen pojechałyśmy prosto pod Bromo, zdobywać kolejny wulkan. W Banyuwangi wsiadłyśmy dla odmiany do pociągu (dobrze móc czasem pojechać według rozkładu!) i za jedyne 18 000 Rp w 6h dojechałyśmy do Probolinggo, skąd musiałyśmy złapać bemo do Cemoro Lawang. Jak na złość większość osób wybrało prywatny transport, wiec 3h relaksowałyśmy się i nadrabiałyśmy książkowe zaległości czekając, aż zbierze się minimum 10 osób.

Po południu w końcu udało nam się dotrzeć do celu, a tam czekała na nas niemiła niespodzianka - okazało się, że od lipca cena biletu wstępu do parku krajobrazowego wzrosła trzykrotnie, o czym nie wiedziały nawet najmądrzejsze przewodniki (aktualna cena dla turystów - 75 000 Rp, dla lokalnych - 12 000 Rp). Po miesiącu w Indonezji wiemy już, że irytować się nie należy, więc po bezowocnych pertraktacjach zapłaciłyśmy ile trzeba i nawet zdążyłyśmy jeszcze wspiąć się na Bromo (2392 m.n.p.m.), by podziwiać zachód słońca. Droga na szczyt prowadziła przez rozległą kalderę - pustynię ze szczytami wulkanów - krajobraz iście księżycowy! Jako że Bromo należy do aktywnych wulkanów, z jego krateru co jakiś czas wydostaje się chmura dymu, co sprawia, że wszystko wydaje się jeszcze bardziej mroczne.

w drodze na Bromo
księżycowe krajobrazy
zadyma w Bromo
wyprawa na księżyc ;)
17.30 zachód słońca - ufff, zdążyłyśmy!

Jedną z polecanych atrakcji jest wyprawa na szczyt pobliskiej góry, z której można podziwiać wschód słońca z widokiem na Bromo. Lokalni twierdzą, że droga jest długa i trudna oferując przy tym podwózkę swoimi prywatnymi jeepami. My jednak nie dałyśmy się na to nabrać i o 3.30 w całkowitych ciemnościach ruszyłyśmy na nogach. Jak się później okazało, była to dobra decyzja, bo droga zajęła nam niespełna godzinę i nie była specjalnie mecząca. Widok wschodzącego słońca rozświetlającego swoimi pierwszymi promieniami Bromo i okoliczne wulkany w kalderze był zdecydowanie wart wydanych rupii! :)


selamat pagi :)
pierwsze promienie słońca na kalderze
z Koti i Macareną - naszymi chilijskimi współtowarzyszkami
na Bromo wyprawie
Bromo w całej okazałości
ostatni rzut oka na wulkany :(

Na tym kończymy naszą przygodę z indonezyjskimi wulkanami... Dostarczyły nam one wielu niezapomnianych wrażeń i emocji. Trekking na Rinjani cały czas nam się jeszcze śni, ale również jawajskie wulkany (te 2 z ponad 120!) zmiażdżyły system! :) 

Tymczasem w Jogjakarcie i jej okolicach zbieramy materiał na kolejnego posta, przy okazji odkrywając Indonezję z jeszcze innej strony :) 

P&A

2 komentarze:

  1. czytam raz jeszcze i przecieram oczy na te wulkany, zwłaszcza o wschodzie słońca! - przemasakra! przepozytywna :) chyba sam Księżyc nie jest tak księżycowy :P

    OdpowiedzUsuń